Radiofoniczne Centrum Nadawcze w Konstantynowie

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Stan wojenny

„Przed stanem wojennym na obiekcie pojawił się pododdział jednostki łączności z Białobrzegów. Patrzę, a dowódcą jest mój kolega z czasów studenckich, gdzie odbywałem ćwiczenia jako student, potem rezerwista. Mieli zadanie uruchomić wojskową linię radiową dla modulacji, być może jakieś studio na obiekcie.Pierwsza próba z "wojskową modulacją", na antenie sztucznej zakończyła się klapą. Koledzy mundurowi podali sygnał przy pomocy kabli nie-ekranowanych (typowy PKL). Zakłócenia w.cz. całkowicie przykryły modulację. Ale jak tu nie pomóc chłopakom ? Wziąłem 2 filtry dolnoprzepustowe Siemens'a i zrobiło się OK ! Dzięki temu mieliśmy dużo czasu na wspomnienia.”

Mgr. Inż. Witold Czowgan

Okres stanu wojennego na radiostacji w Konstantynowie podobnie jak i nasza dotychczasowa wiedza z zakresu zagadnień technicznych opierał się bardziej na legendach szerzonych często przez osoby nie związane w żaden sposób z radiostacją . Według wielu informacji obiekt został zmilitaryzowany , przez co można zrozumieć całkowite przejęcie władzy przez wojsko , co niezupełnie było prawdą , chociaż w pewnym sensie taka interpretacja jest do przyjęcia . Od pierwszych chwil na terenie RCN stacjonował oddział wojska , zakwaterowany w budynku gospodarczym , nazwanym przez nas garażowym , na wyposażeniu było kilka wozów bojowych SKOT , żadnych czołgów czy helikopterów !

Zmiany w zarządzaniu w zasadzie były niewielkie , w dalszym ciągu obiektem kierowała instytucja SRiT , lecz określenie „zarządzała” w tym czasie można określić jako bardziej bezpośrednie , ponieważ przez cały okres stanu wojennego sytuację kontrolował osobiście dyr. Zbigniew Chojecki , bądź jego pełnomocnik inż. Zygmunt Grzelak (znany nam wszystkim późniejszy kierownik RCN) oddelegowani na ten czas bezpośrednio na obiekt . O szczególnym traktowaniu pracowników RCN świadczy chociażby historia jednego z dowódców oddziału stacjonującego na terenie radiostacji , który od samego początku różnymi sposobami próbował podporządkować sobie pracowników cywilnych . Znęcała się kanalia psychicznie i fizycznie nad ludźmi . Sprawa bardzo szybko została przedstawiona jego przełożonym , a finałem była natychmiastowa degradacja do stopnia podoficera , i wydalenie ze służby.

Panowała jednak atmosfera nieufności wobec pracowników . Władza w obawie przed aktem sabotażu zleciła wojskowym specjalistom organizację całkowicie niezależnego systemu dosyłu modulacji , z pominięciem istniejącej radiolinii . Do dnia dzisiejszego tajemnicą pozostaje trasa radiolinii wojskowej , wg. Nieoficjalnych informacji kolejne przęsło wojskowe zlokalizowane było w miejscowości Dąbrowy , lub Dąbrówki w okolicach Płocka. Wyłączenie cywilnego systemu radiolinii miało też jeszcze jedną bardzo istotną konsekwencję , pozbawiało mianowicie obiekt bezpośredniej telefonicznej łączności służbowej z tak ważnymi dla prawidłowego funkcjonowania ośrodka instytucjami jak zakład energetyczny , RCN Raszyn , czy instytut łączności . W zamian zainstalowano dodatkową linię obsługiwaną 24h/dobę przez tajemniczego dyspozytora .

Procedura przekazu informacji tym sposobem była jednak czasochłonna , meldunki weryfikowane przez ludzi z resortu bezpieczeństwa docierały w miejsca docelowe nawet z kilkudniowym opóźnieniem . Wszelkie sprawy pilne realizowane były za pośrednictwem kierowcy , który na polecenie kierownika obiektu , wyposażony w odpowiednią przepustkę oddelegowywany był do CRiT w Warszawie. Pomimo niewielkiej odległości , była to wyprawa na cały dzień . Najwięcej czasu zajmowały postoje na licznych punktach kontrolnych , na których po kolei weryfikowano dokumenty , kontrolowano przewożony ładunek , którym często była podejrzana „tajemnicza aparatura” .

Wielokrotnie we wspomnieniach pojawiają się informacje dotyczące odbioru Warszawy I podczas pierwszych ponurych godzin , dni stanu wojennego . A warto zaznaczyć , że był to jedyny dostępny w tym okresie program radiowy . Idealne ciepłe brzmienie naszej radiostacji centralnej nagle od 13 grudnia stało się fatalne . Jednym z powodów była oczywiście wspomniana prowizoryczna wojskowa radiolinia , drugim była decyzja o zredukowaniu mocy nadawczej do 1 MW poprzez wyłączenie jednego z bloków nadawczych . Decyzja oczywiście miała charakter polityczny , a jej celem było ograniczenie zasięgu stacji nadawczej . Długotrwałe nadawanie na jeden nadajnik było powodem licznych , kosztownych awarii tzw absorberów w układzie sumowania mocy. Urządzenia te składały się z 75 rezystorów utkanych na azbestowych płachtach , warto dodać , że koszt 1 szt. To 150 USD ! Powodem była oczywiście wilgoć , którą chłonął azbest. Wielokrotnie zwracano się za pośrednictwem dyrekcji SRiT o zgodę na zredukowanie mocy nadajników do 500kW każdy , i tym samym załączenie dwóch bloków nadawczych na sumator . Niestety władza była nieugięta !

Pan inż. Witold Czowgan podczas swoich wspomnień niezbyt przyjemnie wspomina ten okres . Tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego miało miejsce odejście na rentę kierownika inż. Zygmunta Duczmalewskiego , co wiązało się z objęciem kierownictwa . Idąc śladami mistrza za wszelką cenę pełnił swoją rolę zarówno nadzorując obiekt ze strony technicznej , jak i administracyjnej . O ile ta pierwsza wiązała się z pasją i powołaniem Pan inżyniera , to nadzór nad administracją szczególnie w tym okresie był koszmarem . Dla przykładu – radiostacja zlokalizowana była na styku trzech województw , i kilkunastu powiatów . Tak prozaiczna z pozoru sprawa jak zamówienie słynnych kartek żywnościowych , które musiały być przypisane do pracowników z uwzględnieniem miejsca zamieszkania , a tym samym możliwości realizacji wymagała żmudnej pracy. Większych incydentów w czasie stanu wojennego na terenie RCN nie odnotowano . Jednym z najbardziej spektakularnych był niefortunny patrol załogi SKOT-a który podczas wiosennych roztopów ugrzązł na polu masztowym , tuż przy samym fundamencie masztu .

 

Na terenie chronionego przez wojsko obiektu doszło też do zuchwałej kradzieży . Podczas jednego z obchodów strażnik zauważył brak jednej z kilku kamer UV zainstalowanych na polu masztowym wchodzących w skład systemu zabezpieczającego przed wyładowaniami atmosferycznymi . Ruszyła oczywiście procedura , kradzież zgłosił kierownikowi zamiany p. Tadeuszowi Pisarczykowi , a ten poinformował o incydencie kierownika obiektu inż. Witolda Czwgana . Sytuacja była o tyle zaskakująca , ponieważ całodobowy nadzór nad terenem pełnili żołnierze , co zostało przyjęte przez dowództwo jako akt dywersji ! Krótkie intensywne śledztwo wykluczyło jednak akt sabotażu , a sprawcą okazał się jeden z żołnierzy służby zasadniczej , który postanowił sobie przywłaszczyć czujnik , myśląc że ma do czynienia z reflektorem , który chciał wykorzystać jako dyskotekowy efekt świetlny w domowym sprzęcie audio .
W 1982r. sen z powiek oficerów SB spędzał zaplanowany na dzień łącznościowca strajk generalny pracowników telekomunikacji , co niosło za sobą bardzo prawdopodobną wizję unieruchomienia aparatury nadawczej w Konstantynowie .

Niemal codziennym rytuałem stały się wizyty „opiekna” RCN kpt. Jarosława Iwaszkiewicza (zbieżność nazwisk) . Śledczy przy każdej nadarzającej się okazji badał nastroje , przeprowadzając indywidualne rozmowy z pracownikami .