Radiofoniczne Centrum Nadawcze w Konstantynowie

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Start Mój finał

Mój finał

Drukuj PDF

Mój finał zawodowy trochę przypomina los bieszczadzkiego konia, z filmu "Wolna sobota". Nie ma masztu, nie ma RCN, ludzie są niepotrzebni. A to, że kiedyś byli "zakochani" w swojej pracy, ... cóż miłość jest ślepa i odbiera rozum. Ich strata. Nie mam o to żalu do nikogo, nawet do Z.G. bo jako choleryk nie potrafił opanować emocji. W Konstantynowie przeżyłem fantastyczną przygodę z nowoczesną techniką, ucząc się od najlepszych i tego nikt mi nie zabierze. Ale jednego żałuję, że maszt przewrócił się zbyt późno. Gdyby katastrofa wydarzyła się "za komuny" - dziś mielibyśmy zmodernizowany obiekt, z nowoczesną anteną. A supopulacja limofocytów (?) pozostałaby w podręcznikach wiedzy tajemnej.


Z RCN nawet nie zdążyłem się pożegnać, mimo że moje odejście nie było nagłe. Natomiast dobrze pamiętam dzień 9 sierpnia, kiedy o 8.00 przyjechali pracownicy z Sochaczewa. Kobiety miały łzy w oczach, ogólne przygnębienie, pytania " co nas czeka ?", totalna apatia. Ale jeden człowiek, po cichu cieszył się z tej katastrofy (!). Był to Witek Cz., u którego szok szybko przekształcił się w radość, że ...los darował nam wydłużoną PRZERWĘ KONSERWACYJNĄ, którą wykorzystamy na modernizację nadajników i otrzymamy nową, pozbawioną wad - antenę nadawczą. To była dla mnie jedyna opcja ! Pracownicy patrzyli na mnie przerażeni myśląc, że zwariowałem. Ludzie różnie reagują w sytuacjach nagłych. Pewna młoda lekarka pogotowia, po raz pierwszy wezwana do wypadku, na widok krwi zemdlała . 9 sierpnia nasi pracownicy spędzili na przepowiadaniu przyszłości. Ja natomiast zacząłem pisać plan zadań konserwacyjnych. Na pierwszy ogień poszedł prostownik tyrystorowy - dokładna analiza działania, pomiary parametrów, modernizacja urządzenia Crowbar, konstrukcja cyfrowego potencjometru do płynnej regulacji napięcia i transformatora impulsowego do sterowania tyrystorów itd. Po chwilowym odrętwieniu, żyliśmy nadzieją odbudowy masztu, działania techniczne miały sens, ale juz pojawiły się protesty okolicznych mieszkańców. TP robiła dobrą minę do złej gry, słyszało się o wysokich kosztach utrzymania obiektów AM, przyszłości radiofonii FM i satelitarnej. Przez 17 lat zachwycano się naszym RCN, określając go, "okrętem flagowym polskiej radiofonii". Kiedy okręt osiadł na mieliźnie, zaczęło się szukanie argumentów, aby go zatopić. Pewnie szybko by do tego doszło, ale nie doceniono determinacji Prezesa PR Krzysztofa Michalskiego. To jego staraniom zawdzięczamy ustawę o RCN Konstantynów, która zobowiązywała TP do działań pozytywnych. Skala protestów ludności była na rękę przeciwnikom odbudowy w TP. Tym bardziej, że sprzymierzeńcem protestujących było POLSKIE PRAWO. W latach 80-tych zmieniły się normy, określające strefy ochronne przy promieniowaniu energii w.cz. Norma 20 V/m została obniżona do 5 V/m ! Bo w socjaliźmie najważniejszy był CZŁOWIEK (pewnie dlatego w 1976 wprowadzono kartki na cukier). Na Zachodzie dopuszczano 50 i więcej V/m dopuszczalnego natężenia pola w.cz. Polska znów była liderem w walce o zdrowie człowieka. Nauka światowa a także polscy specjaliści byłi zdania o mniejszej szkodliwości fal długich niż np. krótkich, UKF, UHF i mikrofal.


Rozpoczęła się ogólnopolska dyskusja o szkodliwości promieniowania w.cz. Nie stwarzało to dobrej atmosfery w angażowanie się do modernizacji obiektu. Warszawa miała nas na celowniku, bo przynosiliśmy straty. Domagano się szczegółowych uzasadnień zakupów materiałów eksploatacyjnych. Doszło do tego, że w dziedzinie racjonalizacji usłyszałem pytanie "a kto pozwolił na konstruowanie migacza tyrystorowego ?! Od tego są zewnętrzne firmy!! " Nieważne, że firmy kazały sobie słono płacić. Ważne, że ta rozrzutność była zgodna z prawem. Za komuny, gdy oszczędziło się dolara, dawali dyplom i jakieś "kieszonkowe". A nawet blaszkę na pierś. W nowej Polsce priorytetem stało się przestrzeganie prawa. Coraz bardziej czułem, że opadają mi skrzydełka. Bolesnym ciosem dla mnie było zabranie z Radiostacji Z.G., NAPRAWDĘ ! Kierownik wydał zgodę na wycinkę drzew, aby oczyścić teren dla nowego masztu. Wydział Ochrony Środowiska z Gąbina, jakby na to czekał ! I tak decyzja Z.G. naraziła TP na ogromne straty, a mnie jako "wiecznego zastępcę" - na pracę administracyjną. Z.G. przeniesiono .
Z początkiem 1998 wiedzieliśmy już, że nie ma szans na uruchomienie RCN.

Zaczęły się działania kadrowe: przeniesienia na inne obiekty, wysyłanie na emerytury, zwolnienia. Moi przełożeni ze stolicy "współczuli" Witkowi, że czeka go rola wręczania wymówień. Stres na dobre we mnie zamieszkał.
Do Konstantynowa jechałem ze strachem. O inicjatywie technicznej nie było mowy. Żyłem z poczuciem zawodowej klęski, obserwując na miejscu, co się dzieje z moim 25-letnim wkładem pracy. Wiedząc od lat, że rentę mam gwarantowaną - w 1999 ustaliłem z pracodawcą (Centrum Radiokomunikacji i Telekomunikacji), że zostanę ZWOLNIONY Z PRZYCZYN ZAKŁADU PRACY.
Tak Moi Drodzy wyglądał mój finał. Bez pożegnalnych przemówień, uścisków rąk, łez, kwiatów. Wcześniej "pożegnał" mnie Z.G. słowami, które już cytowałem. Dziś nawet nie pamiętam ostatniego dnia pobytu na Radiostacji. Ale mój duch wciąż tam JEST ! Dzięki Tobie zostałem ponownie zatrudniony. Niezbadane są wyroki Boskie..................