Radiofoniczne Centrum Nadawcze w Konstantynowie

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Start Na radiostacji

Wspomnienia - na radiostacji

Drukuj PDF

Były kiedyś slogany o "wiecznej przyjaźni ze ....,aż boję się wymówić nazwy kraju, na którego produktach napisano, że "sdiełano w CCCP". Tu dygresja: RCN wizytował kiedyś gen.Pietrow /pewnie pseudonim/ - szef łączności RWPG. Towarzysze byli dzielni, mimo upału odziani w czarne garniturki, jak od I Komunii i białe koszule, szczelnie zapięte pod szyją. Pamiętam to dokładnie, bo na ten widok zrobiło mi się słabo. A jeden z asystującej świty, jakiś "piesek, wazeliniarz", Polak - pyta mnie "...czy nie dałoby się zdjąć tego napisu BROWN BOVERI !!! Ja na to, że zostanie ślad po napisie, co wywoła złe wrażenie. Usłużny "piesek" /przepraszam wszystkie kochane pieski/ był niezadowolony, że mamy takich niewyrobionych politycznie inżynierów. Na szczęście dla Polski, to nie był nadajnik z napisem "sdiełano".

 

Rutynowe badania lekarskie wymagają żelaznego zdrowia. Jako pracownicy obiektu nadawczego mieliśmy co rok profilaktykę. Żeby poczciwi lekarze wiedzieli, czym to się kończyło...Badano nas w przychodni zakładowej, w Warszawie. Pacjenci dobierali się sami, pod kątem towarzysko-rozrywkowym. Transport - służbowy Żuczek/Nyska. Najciekawsze były powroty z badań. Trzeźwy wracał tylko kierowca. W mikrobusie odbywała się alkoholowa integracja, w przyjacielskiej atmosferze Bywało, że przed służbowym blokiem mieszkalnym pracownicy "wysypywali się" z samochodu. Pamiętam zdarzenie, jak z mikrobusu "wysypał" się kolega - secjalista od telefonii nośnej - razem z warstwą jajek, w ilości sztuk 15, które kupił po trasie w wiejskim sklepiku. Tego dnia jego dzieci niestety nie zjadły jajecznicy. Została przed wejściem do budynku. To był świat szalonych 70-tych lat! Nie znaliśmy narkotyków, ale wspieraliśmy krajowy monopol spirytusowy. Przecież ...dobre, bo polskie! A teraz, piszący te słowa ostatni kieliszek "chleba" wypił na Wielkanoc 1997. Przestało smakować.

 

W 1976 dopadła nas poważna awaria "logiki". Podczas konserwcji / 3-ecia środa miesiąca/ pracownik przez nieuwagę podał 220 V do układów scalonych, w nadajniku N1 /ten po lewej/. Nie było ognia, dymu, fajerwerków, zadziałał jakiś bezpiecznik i już. Przy próbie włączenia otwieraliśmy szeroko oczy ze zdumienia. Po wciśnięciu przycisku AUX /napięcia wstępne/ zaświeciła się lampka, potwierdzająca włączenie Wyłącznika Anodowego. Totalna bzdura. Mówię do kierownika Duczmalewskiego: "...szefie, mamy roboty na tydzień !" Schemat sterowania cyfrowego ma chyba 2 x 2 m , blokady elektrycznej 8 mb, a ja jeszcze wszystkiego nie przetrawiłem mimo, że ze schematami prawie spałem. Uruchamialiśmy etapowo. Po wymianie kilku kostek dało się włączyć podzespoły chłodzenia. Wiedziałem, że damy radę, ale w jakim czasie ? Przez 3 doby pracował tylko N2. Lutownica Weller grzała się non-stop. Scalaki wymieniali dyżurni, zmieniający się co 12 godzin. A my dwaj, wciąż na posterunku. Sypialiśmy na zmianę. Ja, 29-latek, jeszcze zdrowy, pracowałem dłużej /kierownik był 20 lat starszy, ale bardzo dzielny/. Nie pamiętam ile kości wymieniliśmy, ale chyba kilkanaście, na prawie 100 pracujących. A kiedy już udało się włączyć prostownik 15 kV, to nie mieliśmy już siły wydać okrzyku radości. Po 3 dniach wróciłem przespać się w mieszkaniu, w Sochaczewie, bez stresu i widoku bramek logicznych, które widziałem, przymykając oczy. Kierownik Duczmalewski dostał "nagrodę" ...został opieprzony przez dyrektora SRiTV za opóźnione zgłoszenie awarii. Szwajcarzy byli zdumieni, że tak nam sprawnie poszło. W innych krajach, obsługa nie męczyła się i zawiadamiała Brown Boveri. A my, Polacy ...przecież dziennik TV wciąż trąbił, że nie ma dewiz ! Wychowani na powieściach Sienkiewicza, kiedy Ojczyzna w potrzebie stanęliśmy, jak Wołodyjowski. A ostatni, zepsuty scalak dał o sobie znać po kilku tygodniach...

 

A ja nadajnika uczyłem się ...ze strachu ! Jak po raz pierwszy ujrzałem to "stworzenie", miałem nogi z waty. Sam nie wiem dlaczego, przecież nikt ode mnie nie wymagał, aż takiej wiedzy, na szkoleniu w Szwajcarii nie byłem. Czy medycyna zajmuje się takimi przypadkami ? Ale mam satysfakcję. W 1977 przyjechał na obiekt inż. Faust z BBC, wielka szycha, instalował nadajniki gen.Franco ! Mówił o tym szeptem, bo wcześniej był w NRD i policja często go legitymowała. Herr Faust odwiedził nas, bo firma zaniepokoiła się, dlaczego nie kupujemy od nich lamp ! Norma na BTS-y wynosiła 6 tys.godzin, polska już miała 10 tys., a lampy pracowały do 30 tys.godzin ! Ale myśmy te lampy pieścili. Co miesiąc rotacja magazyn-nadajnik-magazyn. Chodziło o utrzymanie właściwej próżni. Przy okazji Herr Faust pstrykał zdjęcia, gdy pokazywałem mu nasze usprawnienia i klepał mnie po plecach, mówiąc że przydałbym się u nich. Pytał Duczmalewskiego ile tu zarabiam, dolar stał wtedy około 100 zł. Pytam się szefa, to jaką bym dostał pensję od Fausta, kochany Duczmalewski mówi - nie powiem, bo by mi pan uciekł ! Nie, ja nie z takich. Wśród obcych ? Bez masztu ? Panu Faustowi szczególnie spodobało się, że zainstalowaliśmy w nadajnikach czujniki promieniowania UV, dostarczone w 1976 przez BBC Mannheim, do ochrony masztu. Czujniki te zamawiałem przez wiele lat, zawsze na hasło "maszt". Na ten cel nie żałowano dewiz. Władza doceniała znaczenie MASZTU.

 

Mam jeszcze jedną ciekawostkę: udało mi się przerobić nadajnik tak, że z mocą 20 kw pracował jakiś czas na antenie. "Anteną" był ...fider ! Pozioma antena, Boże.Modulację daliśmy z magnetofonu - audycja PR1, poświęcona ODBUDOWIE MASZTU. To miał być znak, że "Konstantynów żyje !" Podobno słychać było w Warszawie, na moje nieszczęście. Dostałem delikatny opieprz od pani dyrektor z TPSA: "panie inż. - nie wolno takich rzeczy robić'. Dobrze, że to były już inne czasy, bo za komuny pewnie pisałbym te wspomnienia z Syberii, razem z inż.Kaczmarczykiem....

 

Ja zachowałem w pamięci obraz obiektu tętniącego życiem, czystego i przytulnego. Widok teraźniejszy, mógłby zniechęcić mnie do kontynuowania wspomnień. Ciekawe, co zeżarły już myszy i szczury ? Co zeżarł (ukradł) człowiek ? Stan terenu jest do przyjęcia, gdyż widać w nim siłę przyrody. Roślinki są piękne, nawet chwasty. Ale budynek - czarna rozpacz ! Może TP zgłosi obiekt do dalszych odcinków "Indiana Jones" ? Przypuszczam, że wewnątrz wytworzył się mikroklimat - zabójczy dla organizmów żywych (oprócz szczurów). W akumulatorni stały szklane baterie z elektrolitem (kwas siarkowy). W wielu punktach były zainstalowane izotopowe czujniki p.poż. O ile to pozostało, bez dozoru - możemy mieć mały Czarnobyl. Bądź czujny !

 

Zima stulecia zafundowała mi Sylwestra 1978 na obiekcie. Byłem wtedy wezwany awaryjnie z Płocka, gdzie chciałem przywitać Nowy Rok z rodziną. Około 10-tej przyjechał nasz kierowca z wiadomością, że jeden nadajnik "stoi". Pojechałem bez jedzenia sądząc, że do wieczora wrócę. Na trasie zauważyłem, że nasza "Nyska" nie słucha się kierowcy. Jechaliśmy 20-30 km/godz. i na jednym z zakrętów bylibyśmy w rowie. Uratowała nas zaspa, a padał marznący deszcz i śnieg. Na miejscu okazało się, że nie można włączyć transformatora anodowego. Zadziałał czujnik poziomu oleju w transformatorze, który jest na zewnątrz budynku. Był mróz - 25 st. i olej skurczył się ! 
Tego dnia mogłem zakończyć życie, przez zamarznięcie. Widząc, co się dzieje za oknem postanowiłem pójść pod maszt, wzdłuż fidera. Do dziś nie wiem, co mną kierowało. Ponieważ śnieżyca przybierała na sile, zabrałem ze sobą łopatę ! Zadziałał szczątkowy rozsądek. Pod masztem - horror, jakby piekło założyło tam swoją siedzibę. Niesamowite efekty akustyczne z masztu, dobre dla filmu katastroficznego. To wiatr pokazywał swoją potęgę. A u podnóża masztu stał oniemiały z wrażenia Witek Czowgan, z łopatą. Miałem uczucie, jakby ten wiatr śmiał się na mój widok. Przerażony potęgą przyrody, postanowiłem wracać do budynku. I tu szok, droga powrotna wzdłuż fidera - odcięta ! Dzieło śnieżycy. Pozostało mi wracać alejką, przy płocie. Tam, gdzie rosły drzewa było znośnie, ale w terenie otwartym śnieg - do kolan. "Kochana łopato" - uratowałaś mi życie !!! Odgarniając śnieg, po pewnym czasie poczułem zmęczenie i senność. Tylko nie to - pomyślałem. Do budynku pozostało jakieś 200 m, a ja miałbym zamarznąć ?! Taki wstyd ! Stres dodał mi siły i zmęczony, ale szczęśliwy znalazłem się wśród kolegów, pełniących dyżur. Chłopaki poczęstowali mnie, czym kto miał i tak spędziliśmy Sylwestra, słuchając jak wicher gra na maszcie swoją piekielną muzykę. A radio i telewizja co chwilę przekazywały komunikaty, wzywające pracowników do stawienia się w trybie pilnym do swoich zakładów. Ja, w swoim - już byłem...